Pochodzą z różnych światów. Różnią się, więc mogli nigdy nie zostać przyjaciółmi. Tymczasem olsztyński artysta i warmińsko-mazurski nomad znaleźli wspólny język. Pierwszy dał schronienie drugiemu, drugi odwdzięczył się przyjaźnią.
— Nie jestem do końca wtajemniczony w jego życie. Coś go prowadzi w inną stronę, niż to życie, które jest obecnie — opowiada Tadeusz Burniewicz, olsztyński malarz, grafik i ilustrator. — A jak doszło do naszego spotkania? On był w Gutkowie dużo przede mną. Na mojej działce była piwnica i kiedy przyszedłem, Stefan już był w środku. Zapytałem: co ty tu robisz? On odpowiedział: mieszkam. Więc powiedziałem mu, że przecież to mój dom. A on mi na to, że co z tego (śmiech). Ta odpowiedź mnie zdumiała. A z drugiej strony wypowiedział to tak, że mnie to nie przeraziło. Wtedy często wyjeżdżałem do Holandii, żona studiowała w Hadze. Mieszkałem pomiędzy Amsterdamem a Olsztynem, a Stefano był tutaj.
Artysta natychmiast przyjął istnienie dzikiego współlokatora nie jako utrudnienie, ale jako ciekawe doświadczenie.
— Zawsze kierowaliśmy się w życiu zasadą, że akceptujemy to, co zsyła nam los i kiedy postępujesz według tego, co podpowiada ci serce, to jest właściwe — opowiada Maria Jenny Burniewicz. — Jeśli nie zapominasz o tej zasadzie, to świat ci wszystko wynagradza. Bury (Tadeusz Burniewicz - red.) wyczuł, że w Stefano tkwi ogromny potencjał. Każdy z nas przychodząc na świat otrzymuje prawo do życia. Prawo do egzystencji na własnych warunkach.
Jaki to był potencjał? Stefano przepięknie śpiewa, potrafi recytować z pamięci poezję Tarasa Szewczenki. I jest utalentowanym stolarzem. Od pierwszego spotkania minęło ponad dwadzieścia lat. Burniewicze w końcu zamieszkali w Gutkowie. A Stefano odwdzięczył się pomocą przy budowie domu. Jego autorstwa są m.in. szafy, drzwi, półki w domu. Wszyscy zaczęli przyjmować za naturalne, że w piwnicy ich domu urzęduje Stefano. Przez wiele lat jadł z rodziną obiady, uczestniczył w ich życiu. Dziś, kiedy przyjeżdżają wnuki Burniewiczów, natychmiast biegną do Stefano. On z nimi gra w piłkę, opowiada historie. A ma ich dużo w zanadrzu.
Stefano, a właściwie Stefan urodził się 9 stycznia 1947 roku na południu Polski. Jeszcze w kołysce, jako niemowlę, w czasie akcji „Wisła” trafił z rodzicami na Warmię i Mazury. Miał olbrzymi talent w ręku, więc rodzice posłali go na naukę do mistrza stolarstwa. Mieszkał w gminie Miłakowo. Kiedy rodzice sprzedali gospodarstwo i przenieśli do Pasłęka, rozpoczęła się jego wędrówka. Nie potrafił odnaleźć się w normalnym życiu. Przeszkadzała mu w tym jego wrażliwość, którą czasem zagłuszał alkoholem.
— Stefan mówi, że pan Bóg kazał mu być dziadem — wtrąca Burniewicz. — Jest niesamowicie utalentowany w wielu dziedzinach. Ma wyjątkową kaligrafię. I wielu przyjaciół.
Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie
Dodaj komentarz Odśwież
Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez