— Często walczę ze swoim komputerem jak byk, bo ciągle podkreśla mi jakieś słowo. A to ja mam rację! — twierdzi Jerzy Bralczyk, językoznawca.
— Oj, czasem mi się zdarza, ale staram się tego nie ujawniać... Od językoznawcy wymaga się zawsze więcej i gdybym zrobił błąd, to bym się skompromitował. Inni mogą pisać bez bólu, bo jak zrobią byka, nikt im głowy nie urwie. Ewentualnie mogą sami się zawstydzić, ale to ma też dobre strony. Czarno na białym widać, z czym mamy problemy i nad czym musimy jeszcze popracować. O ile chcemy.
A chcemy?
— Umiejętność bezbłędnego pisania w dobie komputerów staje się coraz mniej wymagana. Kiedy piszemy jakieś pismo na komputerze i zrobimy błąd, pojawia nam się podkreślenie na czerwono. Wystarczy tylko jedno kliknięcie myszą, aby byka poprawić. Komputer jest świetnym korektorem błędów ortograficznych, który zwalnia nas z myślenia. Ale często też nie nadąża. Ja często walczę ze swoim komputerem prawie jak byk, bo ciągle podkreśla mi jakieś słowo. Myśli, że źle je napisałem, a tymczasem to ja mam rację. I wiem, że mam rację!
Niektórzy nie przywiązują wagi do poprawności...
— Żyjemy w wolnym kraju i każdy może mieć swoje zdanie. Polska ortografia nie ma jednak wielu wyjątków, a reguły są po to, aby je przestrzegać. Nie łamać, a przestrzegać! A do tego nasza ortografia jest dosyć logiczna i jeśli zrozumie się zasady, nie powinno być z nią problemów. Mamy natomiast kłopoty z innymi słowami. Pojawiają się zapożyczenia – jedne głębiej sięgają do języka obcego, a inne są bliżej polskich norm. Ostatnio na tapecie mamy modne słowo „event”. Wiele osób używa go w różnym kontekście, ale zawsze wypowiadają je z angielska. A co z zapisem? Raczej nie da się tego słowa spolszczyć, bo będzie dziwnie wyglądało na papierze. Taki „iwent” nie wygląda najlepiej. Ale gdy dostajemy „maila”, już tak nie razi po oczach...
Ada Romanowska
a.romanowska@naszolsztyniak.pl








Komentarze
0
Dodaj swój komentarz