O Krakowie i gitarze opowiada Andrzej Sikorowski, lider Grupy Pod Budą.
Zaprosi mnie pan do Krakowa?
— Oczywiście! Ale przyznam, że ja Krakowem w sierpniu się nie nacieszyłem, bo dopiero 15 sierpnia wróciłem do Polski z Grecji. Tam odpoczywałem u swojej żony, która jest Greczynką. Właśnie dlatego w Grecji spędzam zawsze długie wakacje. Kraków zaczynam więc smakować na nowo, o ile pozwalają mi na to zajęcia estradowe. A przyznam, że w miejscu nie siedzę. Dużo jeżdżą po kraju.
Ale do Krakowa zawsze pan wraca...
— Zawsze. Kraków to moje miejsce na ziemi i nie wyobrażam sobie innego. Latem moje miasto ma mnóstwo uroku, bo żyje na ulicy. Centrum jest zastawione ogródkami, gdzie można napić się piwka w towarzystwie pięknych zabytków. To wiąże się z najazdem turystów, którzy po pierwsze zostawiają w Krakowie dużo pieniędzy, a po drugie bawią się całą dobę.
A nie jest tak przez cały rok?
— Jasne, że jest, ale zimą wszyscy siedzą zamknięci w lokalach. Latem bawią się, nawołują i śpiewają na zewnątrz. To pewnie mieszkańcom rynku i Kazimierza się nie podoba. Z jednej strony jest urokliwie, a z drugiej uciążliwie.
To dlatego ucieka pan do Grecji właśnie latem!
— W tej chwili jestem w Zakopanem, gdzie też jest dużo ludzi. Stoję pod Giewontem.
Wspina się pan?
— Nie! Nie jestem typem wyczynowca, wolę delektować się spokojniej, wolę patrzeć na góry. Ale długo w Tarach nie zabawię, bo koncertuję ze swoją córą i muszę znowu spakować walizki i jechać. Dużo się u mnie dzieje, bo w październiku wyjdzie moja kolejna płyta — z córką w duecie. W tym roku obchodzę też czterdziestolecie pracy estradowej.
Wszystkiego najlepszego!
— A dziękuję. Cieszę się, że mimo upływu czasu jeszcze nie zawiesiłem gitary na kiju. I póki będę miał siły, gitarę będę miał w ręku.
Ada Romanowska
— Oczywiście! Ale przyznam, że ja Krakowem w sierpniu się nie nacieszyłem, bo dopiero 15 sierpnia wróciłem do Polski z Grecji. Tam odpoczywałem u swojej żony, która jest Greczynką. Właśnie dlatego w Grecji spędzam zawsze długie wakacje. Kraków zaczynam więc smakować na nowo, o ile pozwalają mi na to zajęcia estradowe. A przyznam, że w miejscu nie siedzę. Dużo jeżdżą po kraju.
Ale do Krakowa zawsze pan wraca...
— Zawsze. Kraków to moje miejsce na ziemi i nie wyobrażam sobie innego. Latem moje miasto ma mnóstwo uroku, bo żyje na ulicy. Centrum jest zastawione ogródkami, gdzie można napić się piwka w towarzystwie pięknych zabytków. To wiąże się z najazdem turystów, którzy po pierwsze zostawiają w Krakowie dużo pieniędzy, a po drugie bawią się całą dobę.
A nie jest tak przez cały rok?
— Jasne, że jest, ale zimą wszyscy siedzą zamknięci w lokalach. Latem bawią się, nawołują i śpiewają na zewnątrz. To pewnie mieszkańcom rynku i Kazimierza się nie podoba. Z jednej strony jest urokliwie, a z drugiej uciążliwie.
To dlatego ucieka pan do Grecji właśnie latem!
— W tej chwili jestem w Zakopanem, gdzie też jest dużo ludzi. Stoję pod Giewontem.
Wspina się pan?
— Nie! Nie jestem typem wyczynowca, wolę delektować się spokojniej, wolę patrzeć na góry. Ale długo w Tarach nie zabawię, bo koncertuję ze swoją córą i muszę znowu spakować walizki i jechać. Dużo się u mnie dzieje, bo w październiku wyjdzie moja kolejna płyta — z córką w duecie. W tym roku obchodzę też czterdziestolecie pracy estradowej.
Wszystkiego najlepszego!
— A dziękuję. Cieszę się, że mimo upływu czasu jeszcze nie zawiesiłem gitary na kiju. I póki będę miał siły, gitarę będę miał w ręku.
Ada Romanowska