Wtorek, 9 czerwca 2026

Kadry znad przepaści

2010-08-20 00:00:00

Jest ich ośmioro. Mają po dwadzieścia parę lat, kochają podróże, motory i kino. Jak to połączyli? Kupili legendarne jednoślady Royal Enfield, wzięli kamerę i wybrali się na półroczną wędrówkę po Indiach i Nepalu. 


W marcu wylądowali w Delhi, stolicy Indii, obładowani sprzętem trekkingowym, kombinezonami motocyklowymi i kaskami, które otrzymali od sponsorów. Do tego kamera i aparaty fotograficzne. Zaczęli od zakupu starych angielskich motorów z lat 50. „Royaliści” — jak sami siebie nazywają, mieli na nich pokonać między innymi przełęcze w Himalajach.

Śmierć na ramieniu
— Były sytuacje, gdy czuliśmy śmierć na ramieniu — przyznaje 24-letni Michał Rytel z Olsztyna, operator filmowy, student V roku Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego. — Jechaliśmy przez przełęcz na granicy Indii i Chin znajdującej się na wysokości ponad 5 tys. metrów. Dopadła nas śnieżyca. W ekstremalnych warunkach poruszaliśmy się po wąskich drogach nad przepaścią. Dotarliśmy do cywilizacji po 10 godzinach walki z żywiołem. Ludzie nie mogli się nadziwić, że przeżyliśmy.
— Narażaliśmy się też podczas pobytu w Kaszmirze, okupowanym przez indyjskich żołnierzy — dodaje 24-letnia Ola Teres, operatorka i dokumentalistka. — Trafiliśmy na rocznicę śmierci przywódcy duchowego Kaszmirczyków, które skończyły się zamieszkami ulicznymi.

Choroby i załamania
Niektóre szlaki młodzi podróżnicy mieli już przetarte. Dwóch z nich: Karol Modrzyński i Grzegorz Ogonowski, studenci z Olsztyna, dwa lata temu odbyli podobną wyprawę motocyklową. Tym razem dołączyło do nich sześcioro innych studentów, głównie z uczelni filmowych.
— Podróż w osiem osób, chociaż zaprzyjaźnionych, przeżywała kryzysy — przyznaje Michał. — Dopadała nas choroba wysokościowa, zatrucia, zmęczenie i chwile załamania. Motory często trzeba było reperować. W Himalajach rozdzieliliśmy się, niektórzy też wcześniej wrócili do domu. Ja i Ola przylecieliśmy z Bombaju do Polski na początku sierpnia, a nasze motory jeszcze płyną statkiem.

Inny rytm i gościnność
Kolejne etapy podróży i swoje przygody „royaliści” opisywali na stronie internetowej.
— Czego nauczyła nas ta podróż? Przede wszystkim ogromnej pokory — mówi Ola. — Trafiliśmy do innej cywilizacji i musieliśmy się do niej dostosować. Tam ludzie żyją w innym rytmie, często w prymitywnych warunkach. Z powodu częstego braku elektryczności w górach życie zamiera po zmroku. Odległości mierzy się w godzinach, dniach, a nie w kilometrach. Zaskoczyła nas też otwartość i gościnność Azjatów. Mimo zmęczenia już myślimy o kolejnej podróży.
Młodzi filmowcy montują w tej chwili 50 godzin materiału, który nagrali podczas wyprawy. Premiera dokumentu o azjatyckich spotkaniach z ludźmi i miejscami, planowana jest na grudzień.

Beata Waś
Uwaga! To jest archiwalny artykuł. Może zawierać niaktualne informacje.