środa, 19 grudnia 2018

Teatr przyszedł do mnie

2008-02-09 00:00:00

O zjawisku Pantomimy Olsztyńskiej rozmawiamy z prof. Bohdanem Głuszczakiem, kierownik artystycznym i choreografem większości przedstawień „teatru głuchych”.

UWM wydał książkę "Róbcie teatr..." dedykowaną Panu z okazji 55-lecia pracy artystycznej...
- Pracy z przerwą na studia, ale i tak pracowałem w wakacje. A to w Morągu, a to w Olsztynie. Początki pracy wspominam jako horror, bo w latach 50. panowały różnego rodzaju układy. Nie było łatwo. Każda inicjatywa przeszkadzała rządzącym. Chcieli, by realizować program ideologiczny, by upowszechniać, a nie tworzyć. Na początku swojej drogi po studiach trafiłem do Wojewódzkiego Domu Kultury w Olsztynie, gdzie rozpocząłem pracę z Pantomimą. Pomysł był taki, by osoby niepełnosprawne uprawiały sztukę. Teatr miał być dla nich terapią, ale miał też rozwijać ich osobowość - to były wtedy modne hasła. Wcześniej głusi chodzili po domach i sprzedawali obrazki. Jeśli już coś tworzyli, to działo się to w ramach pewnego getta. I tu raptem pojawia się Tadeusz Jarczewski - ówczesny dyrektor WDK, do którego przyszli bracia Tadeusz i Mirosław Ostaszkiewicz z propozycją robienia teatru. Tadeusz był głuchy, a Mirosław był aktywnym członkiem zespołu dramatycznego. I stało się, Jarczewski zaproponował mi - chłopakowi po studiach - stanowisko kierownika artystycznego i równocześnie pokierowanie teatrem głuchych.

Nie znał Pan języka migowego. Jak się Pan przygotowywał do tej pracy?
- Pewnie byłem za młody, by zapałkę dzielić na cztery. Prowadziłem już teatr i tak samo podszedłem do pracy z głuchymi. Oni zresztą w ciągu kilku miesięcy zarazili mnie sobą i ciągle mnie motywowali. Potrafiłem się z nimi porozumieć, bo w sztuce komunikacja jest dość szybka. To inna sfera porozumienia. Głuchy myśli obrazem. Jego mowa musi być wzbogacona znakiem graficznym. Obliczyłem, że praca w Pantomimie wzbogaca język głuchych o ponad tysiąc nowych pojęć. Są to wszystko pojęcia abstrakcyjne, nieprzekazywalne przez miganie. Powstał też o nas film ukazujący nowe zjawisko artystyczne - nie tylko w Olsztynie, w Polsce, ale i na świecie. Zrealizował go Jerzy Ziarnik, który otrzymał wiele nagród za tę produkcję, m.in. w Cannes, w Knock. Ogólnie byliśmy dobrze przyjmowani. Gorzej było w środowisku. No bo głusi i teatr...? Ale wtedy była moda na pantomimę. W 1958 roku swoją grupę założył Henryk Tomaszewski, pojawił się Marcel Marceau. W teatrze rodził się nowy styl i nowa dramaturgia i to wymagało od aktora mimiki, pantomimy. Dzięki temu stałem się człowiekiem potrzebnym. Nie musiałem iść do teatru, bo teatr przyszedł do mnie. Współpracowałem w całej Polsce z najznamienitszymi reżyserami.

Aplauz, uznanie - i wciąż WDK?
- Pantomima przeniosła się do teatru Jaracza i staliśmy się oficjalną sceną. To też było novum na tamte czasy. Dzisiaj wiele teatrów prowadzi ośrodki rehabilitacyjne poprzez sztukę. Zerwałem też ze stylem Tomaszewskiego, bo trzeba było zrobić coś swojego. To nie była już klasyczna pantomima, ale jej razowa wersja - siermiężna, czerpiąca za sztuki naiwnej. A to dzisiaj w teatrze jest przecież tak ważne. Zrobiliśmy spektakl "Kaprysy", potem "Apokalipsę św. Jana". Jeździliśmy na festiwale i chciano nas wszędzie pokazywać. Graliśmy prawie we wszystkich teatrach w Polsce. I to nie my szukaliśmy scen, ale to nas zapraszały teatry! Byliśmy atrakcją nie tylko w Polsce. Graliśmy w USA, Tunezji, na Wyspach Kanaryjskich, we Francji, w RFN, NRD, Francji, Japonii, Finlandii.

Muzykę dla Pantomimy pisał m. in. Pana przyjaciel - Czesław Niemen. Jak się poznaliście?
- Na schodach PAGART-u. Przedstawiłem mu się i powiedziałem, że mam wobec niego plany. Bo wcześniej w Elblągu robiłem już spektakl do jego muzyki. I tak się zaczęło. Niemen wbrew pozorom był człowiekiem bardzo leniwym. Musiałem mu pokazywać wszystkie sceny, co chcę, by napisał. Nigdy też nie wiedziałem, kiedy Niemen skończy pisać. Siedziałem nad nim, tłumaczyłem, jaka ma być muzyka dla głuchych - z mocnymi basami. Wibracje przecież udzielają się na układ kostny. Na dyskotekach też muzyka idzie po kościach, można zatkać uszy, a i tak się tańczy. Niemen napisał dla mnie dziesięć godzin muzyki.

Ada Romanowska


Obejrzyj film i posłuchaj prof. Głuszczaka:

{film:369}
Uwaga! To jest archiwalny artykuł. Może zawierać niaktualne informacje.